Na lotnisku… przemyślenia

Na lotnisku… przemyślenia

Gdy trzy miesiące temu moja koleżanka zaproponowała mi wakacje w Lizbonie, odparłam, że to za droga impreza. Same bilety w okresie przełom lipca i sierpnia kosztowały ponad 700 złotych. Nie mówiąc już o hostelach, bo o hotelu z przynajmniej trzema gwiazdkami nie było co marzyć. Do tego wysoka temperatura i zerowa świadomość co właściwie można tam zobaczyć. Wiedziałam tylko o żółtych tramwajach, jakimś tam pomniku w porcie i tyle. No i znałam dwóch Portugalczyków, którzy byli całkiem zabawni. Tyle.

Mamy połowę września, a ja siedzę w samolocie, lecącym prosto do Lizbony… Ironia losu? Pewnie tak. Ktoś kto to wszystko wymyśla ma ogromne poczucie humoru… Co zrobić?

Ano można się tylko poddać losowi, zapytać „dlaczego nie?” i łapać wszystkie nadarzające się okazję, jakie nam ten przewrotny los podsunie.

Lot trwać ma 3 godziny 40 minut, a ponieważ start był o 21:30, to z tego co zdążyłam zauważyć wszyscy już śpią… no prawie wszyscy. Ja w samolocie spać nie umiem. W sumie nawet nie lubię. Od małego pamiętam jak cała moja rodzinka drzemała sobie smacznie, podczas gdy ja wraz z stewardesami zwiedzałam kabiny pilotów ( oczywiście w towarzystwie innych dzieci), dostawałam kolorowanki, smakołyki- to były inne czasy. W samolocie można było palić ( w specjalnej strefie dla palących= co równało się z tym, że strefa dla nie palących kończyła się powiedzmy na numerze 17 a od tego numeru była strefa dla palących. Dodam, że nie była ograniczona żadną przegrodą, więc koniec końców cały samolot był jedną wielką strefą dla palących, czy tego ktoś chciał, czy też nie;)

Cóż jak to wspomniałam, to były inne czasy. Nie było tanich linii lotniczych, na podróż samolotem i to w dodatku z całą rodziną mogli sobie pozwolić nieliczni, a pasażerów traktowano z szacunkiem. To samo zresztą dotyczyło ludzi, którzy pracowali na pokładach samolotów. Ich również szanowano i podziwiano. Dream job jednym słowem.

Piękne czasy.

Jak wyglądają dzisiaj linie lotnicze i ich podejście do pasażera wszyscy dobrze wiedzą…

Ale o czym to ja miałam pisać?

A o Lizbonie. No cóż na razie nie wiele więcej wiem. Dziś mój chłopak zapytał, czy już wiem co bym chciała zobaczyć? A ja zdziwiona spojrzałam na niego i zdałam sobie sprawę, że nawet nie raczyłam sprawdzić co właściwie w tej Lizbonie i innych miastach, które mamy odwiedzić jest do zobaczenia. Pospiesznie otworzyłam stronę ggogle.pl, wpisałam Lisbon i sprawdziłam co mi wyskoczyło w wyszukiwarce. Szybkie spojrzenie na zdjęcia i uświadomiłam sobie jakie to miasto jest piękne.

Brawo ja!

Moja ignorancja jest wręcz zaskakująca. Minus 100 punktów do zajebistości…

No to z uśmiechem na twarzy pokazałam Pedrowi kilka miejsc, które mi się spodobały.

Pobyt w Lizbonie zapowiada się wybornie. Jeśli dodam do tego wszystkie ciastka, o których się nasłuchałam, a które mam zamiar spróbować, od razu dodam, że pogodziłam się z myślą o 2 kilogramach więcej. A co! Raz się żyję.

Do dziś żałuję, że nie spróbowałam niektórych smakołyków z kilku miejsc, które miałam szczęście odwiedzić w swoim życiu.

Pedro się śmieję, że poza ciastkami nic więcej tam nie zjem, bo nie jem ani mięsa, ani ryb, ani tym bardziej owoców morza. A właśnie w te produkty zaopatrzona jest prawie każda potrawa w tym nieznanym mi jeszcze kraju. Ciężki jest los wegetarian na emigracji/ wakacjach. Spokojna głowa. Ja się ciastkami, owocami i zieleniną najem i tak dam radę. Boję się tylko, co też dostane do jedzenia u mojej potencjalnej teściowej. Od miesiąca biedna kobieta, wraz ze swoją ciotką wymyślają co też mogły by dla mnie ugotować… strach się bać. Nie ma nic gorszego niż ludzie, którzy chcą dobrze i tworzą coś paskudnego, a ty musisz to zjeść, bo chcesz sprawić im przyjemność… shit na całości.

No to chyba, tyle na razie. Dalsza relacja jutro. jak już coś zobaczę. A dodam tylko, że temperatura waha się od 25 do 30 stopni. Ciepełko 🙂



Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *