Wake up- it is your LIFE

Wake up- it is your LIFE

One morning she woke up different. Done with trying to figure out who was with her, or walking down the middle because they didn’t have the guts to pick a side. She was done with anything that didn’t bring her peace. She realized that opinions were a dime a dozen, validation was for parking and loyalty wasn’t a word but a lifestyle. It was this day that her life changed. And not because of a man or a job, but because she realized that life is way to short to leave the key to your happiness in someone else’s pocket.

It tak dzisiaj obudziłam się inaczej. Odpuściłam. Zwłaszcza zamartwianie się tym co myślą o mnie ludzie, co według nich  powinnam, a czego nie powinnam robić. Doszło do mnie, że nie muszę być perfekcyjna, by żyć i cieszyć się życiem- celebrować każdą minutę mojego istnienia. Nawet jeśli dla co poniektórych jestem przegrana, bo nie mam męża, dzieci, pracy w korporacji, wszystko robie na opak i jestem odrobine zwariowana, bujam w obłokach… Jednym słowem nie pasuję do społeczeństwa. Szczerze? I bardzo dobrze! Cieszę się, że jestem inna.

Przestałam się martwić, że Mr B znowu mnie olał i że za chwilę zadzwoni i będzie się tłumaczyć dlaczego, to nie odezwał się wcześniej- za chwilę pojawi się ktoś inny lub, gdy nie odbiorę po raz kolejny telefonu dojdzie do niego, że to koniec. Postanowiłam, że ludzie, którzy sprawiają mi przykrość lub sprawiają, że mam zbyt duży mętlik w głowie, od dziś idą w odstawkę. Po co mi to? Jest taka piosenka Peace. Słuchałam jej na okrągło, gdy byłam z Mr P… wtedy spokoju się nie doczekałam…

Przestałam się martwić, że nie mam super pracy i że wszystkie rozmowy kwalifikacyjne, na które chodzę kończą się niepowodzeniem- nawet jeśli, na niektórych dochodzę do finału, to i tak wybierają kogoś innego. Pracę prędzej, czy później znajdę, a mam pomysł na siebie, muszę go tylko udoskonalić. Po pracy zdalnej przez półtora roku, nie do końca uśmiecha mi się powrót do biura… acz dopóki nie rozkręcę mojego pomysłu, muszę podreperować budżet.

Przestałam się przejmować, że nie mam takiej wagi jaką bym chciała mieć- to nie problem- za chwilę do niej i tak wrócę. Wygląd o ile jest bardzo ważny w dzisiejszym, porąbanym świecie- gdzie dosłownie każdy prawie dostał fioła na punkcie bycia fit, nie jest najważniejszy. Ja uważam, że ważniejsze jest zaakceptowane swojego ciała, bo jest ono tym co składa się na nasze JA. Jeśli nie akceptujemy tych kilku kilogramów, nie akceptujemy też siebie.

Wiele kobiet nie akceptuje siebie. Zostały wychowane w duchu, że jak nie będą perfekcyjne we wszystkim, to nie będą w stu procentach kobietami. Wmówiono im, że tylko perfekcja sprawi, że ludzie będą je akceptować, kochać, znajdą pracę, męża etc. Gówno prawda! Jeśli nie pogodzimy się z tym, że NIC na tym świecie nie jest perfekcyjne i nie odpuścimy sobie i światu, to nigdy nie będziemy wstanie pokochać siebie, a tym samym być szczęśliwym. Jeśli się akceptujesz i jesteś przez to pewna siebie, to promieniujesz, bo wiesz że nikt i nic nie jest wstanie sprowadzić Cię na dół.

Ja sobie dziś odpuściłam. Prawie pozbierałam już wszystkie kawałki, na które się rozpadłam po tym co zrobił ze mną Mr P. Jeszcze wszystko nie trzyma się w 100% i jeszcze trochę muszę dokleić części do końca ale nie pozwolę, by ktokolwiek mi znowu rozwalił to całe moje wewnętrzne i zewnętrzne JA na kawałki. Nie ważne kto to będzie, czy kolejny Mr P, czy jakiś buc na rozmowie kwalifikacyjnej, czy Pani Krysia na przystanku tramwajowym!

Jak to mówią, co Cię nie zabiję to Cie wzmocni…

Jutro wrzucę post dotyczący Projektu Szczęście.

Do jutra i Dobranoc 🙂



Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *